Strona główna Towarzystwo Sympatyków Kromołowa Informacje Kromołów – więcej jak pamięć

Kromołów – więcej jak pamięć

Pan Jerzy Burzyński syn Antoniego zamieszkały w Gdańsku nawiązał kontakt z Zarządem Towarzystwa Sympatyków Kromołowa i przesłał  interesujące wspomnienie z okresu pobytu w Kromołowie.

Celem niniejszego opisu, nie jest rozprawa historyczna. Zamiarem jest spojrzenie wstecz i przypomnienie wydarzeń sprzed lat prawie 80-ciu, z których większość, co zrozumiałe, czas nieubłaganie przeniósł w zapomnienie. Pozostały więc, okruchy wspomnień, które dla każdego z kromołowian, mają inną wagę i znaczenie. Z tego też powodu przepraszam, jeśli dla niektórych okoliczności zastosowałem w swej wypowiedzi formę żartobliwą.

Do Kromołowa, pierwszy raz przybyłem w połowie okresu okupacji z woli rodziców, mieszkających w Częstochowie, uznano bowiem, że w Kromołowie będzie to dla mnie bezpieczne. O innych jeszcze miejscach na ziemi informowały małego chłopca znaki drogowe, znajdujące się tuż obok kapliczki św. Jana Nepomucena: do Włodowic 8 km, do Pomrożyc 3 km, do Bzowa 2 km. Kapliczka, miała i ma znaczenie symboliczne, trudne do przecenienia, poza religijnym – dawała ze źródeł wodę, a jeszcze wspierała uczucia patriotyczne, jako że hymn narodowy nawiązuje wprost do wypływającej stąd rzeki Warty. Źródła Warty miały także aspekt sportowy – wodę piło się po powrocie z pola, robiąc na kamieniach pompki, wyciąganie wiader z wodą ze studni miało natomiast wpływ dla młodego człowieka ogólnorozwojowy. Woda ze źródeł Warty tworzyła swoiste zjawiska natury. Mianowicie, już po opuszczeniu zabudowań po stronie lewej swojego nurtu, rozlewała się po otaczających łąkach. Przy powolnym nurcie, woda na tym odcinku, zdążyła się bowiem nagrzać, tworząc dla umęczonych stóp istny raj na ziemi. To były podwodne łąki w Kromołowie. To był prawie efekt jak w ciepłym Morzu Czerwonym, albo gdzieś na wodach południowego Pacyfiku.

Wracamy do źródeł pod kapliczką; 30 m do pierwszych domów przy ul. Ankwiczewskiej (obecnie ul. Niemcewicza) mieszka nasza Babcia, seniorka rodu Florentyna Burzyńska, urodzona w 1870 roku. Babcia Florentyna była dzielną kobietą, wychowała pięcioro dzieci, dwóch najstarszych synów - Władysław i Józef wstąpiło do Legionów Piłsudskiego. Najmłodszy z nich Antoni opiekował się w tym czasie matką i młodszymi siostrami – Marią i Heleną. W wieku 80-ciu lat rozpoczęła, jakbyśmy to dzisiaj określili, działalność gospodarczą na własny rachunek. W tym wieku, panie mi wybaczą, na ogół sięgało się do odmawiania różańca, a nie prowadziło działalność handlową. Przedmiotem działalności handlowej Babci było rozprowadzanie wśród mieszkanek Kromołowa wełnianych chust okrywowych, modnych i konkurencyjnych z uwagi na ich cenę. Aktywnym wspólnikiem babci był 10 - 12 letni wnuczek – Jurek. To byłem ja. W tamtych czasach, taki handel nazywał się spekulacją, za co groziły, co najmniej wysokie grzywny.

Czy gdzieś jeszcze taka chusta się ostała? Działalność się rozwijała. Księgowość, rodzaje i wysokość kredytów Babcia przechowywała osobiście, nie w elektronicznej lecz własnej pamięci. Pomimo tego pamiętała, kto zalega z ratami i odsetkami związanymi z działalnością handlową. Część sprzedaży szła w systemie, można by powiedzieć ratalnym, a pożyczka u Babci nazywała się borgiem (niem. Borg – pożyczka). Na marginesie miarą powierzchni gruntu był mórg, natomiast miarą wagi funt.

Mały świat małego chłopca. Powrót obrazów dorastania i przeszłości, kto jeszcze ten świat widział tak samo?

  • Rok wojny (ok. 1943) rynek w Kromołowie, egzekucja poprzez powieszenie. Strach i milczenie tłumu. Za rynkiem mieszkają Kurkowie, to dalsza rodzina Babci. Na przeciwko ich domu na ławeczce siedzi stary człowiek. To dziwne, ile razy jestem u Kurków on tam siedzi z laską podparty. Mówią o nim uczestnik wojny japońsko – rosyjskiej, podobno najstarszy mieszkaniec Kromołowa.
  • Rok 1945 żołnierze sowieccy gwałcą i mordują mieszkankę Kromołowa. Pogrzeb i głęboka cisza i głębokie przygnębienie.

Coś z życia. Wujek Grajdek, zięć Babci ma do wyżywienia wraz ze sobą 7 osób. Pracuje jako strażnik w dyżurce kolejowej, nadzorując ruch wagonów do huty. W zależności od zmiany, chodzi dodatkowo kosić łąkę gdzieś pod Łazami. Nie traci czasu na chodzenie do domu. Któreś z dzieci przynosi mu obiad na tę koszoną łąkę. Do domu nie wraca, po pracy idzie spać w stogu siana, po czym rano z tej łąki obejmuje obowiązki wspomnianego dróżnika kolejowego. Cykl się powtarza. Tak wygląda życie większości mieszkańców, nazywano ich chłopo – robotnikami. Ciocia Helena Grajdkowa, sposobi jednego z synów do zaniesienia do Zawiercia dwóch może trzech litrów mleka, by mieszczuchy wzmocniły się mlekiem „prosto od krowy”, towarzyszę tej eskapadzie. Po drodze, gdzieś na wysokości Wydry Zielonej znajduje się wyrobisko po glinie wypełnione wodą. Zimna woda sił nam doda. Bierzemy kąpiel, woda jest zimna pomimo lipcowego upału. Wracamy z kasą. To grosze. Starczy na sól i trochę cukru. Może nie starczyć, bo na rogu ulicy w Kromołowie, gdzie mieszkają Grajdkowie jest knajpa z wyszynkiem, klientów i alkoholu nigdy tutaj nie brakuje.

Słodkie grzechy. Powracamy z pola, idziemy obok plebanii, pokusa ujawnia się stale ilekroć mijamy sad przewielebnego księdza proboszcza. Czy to nasza wina, że w zasięgu jednego skoku ponad murem rosną tutaj tak słodkie jabłka? Po latach, niestety tak późno, przyznaję się do winy, ale tylko w połowie, jabłek bowiem nie zrywałem, stałem tylko na czatach. Zeniek, tak do niego mówiono, kończy technikum górnicze, oznacza to dla jego rodziny i dla niego samego, skok w hierarchii społecznej, aż do arystokracji robotniczej. Ziutek Burzyński junior nie może przeboleć jak to jest, że Zeniek po zamianie cepów na hełm technika górniczego zarabia ponad dwukrotnie więcej aniżeli on, adiunkt Politechniki Gdańskiej.

A u Babci, jak co tydzień na pożegnanie – pieczone ziemniaki z piecyka, lekko solone, a iskry z popielnika strzelają, czyniąc wraz ze światłem lampy naftowej scenerię wręcz surrealistyczną. To kiedy teraz przyjedziesz? Słyszę już na progu głos Babci.

Potężna maszyna rozrywa ciszę nocną, to traktor firmy Lanz Bulldog, zwany paką albo budą przystosowany do przewozu ludzi bierze kurs na Zawiercie.

Kończą się lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, nasz świat nie zmienia się, transport chust na trasie Częstochowa – Kromołów trwa. Któregoś zimowego dnia roku 1961 jest to transport ostatni.

Miejscowi nazywają ją po prostu Małą Uliczką, wówczas była to ulica Ankwiczewska. Nie ma już tego domu, do którego wchodziło się do sieni, po dużym wyrobionym kamieniu, który trwał przez pokolenia witając i żegnając przybyszy. Jest taka uliczka (Złota) w Pradze, śpiewają o uliczce w Barcelonie, nasza uliczka jest i pozostanie w Kromołowie. Pozostanie w pamięci naszej, jako początek naszego istnienia, gdziekolwiek byśmy teraz nie byli.

Jerzy Burzyński

 

Aby umieścić komentarz należy się najpierw zarejestrować.

joomla template