Dokumenty

monografia kromołowa 1193-1939 autorstwa jerzego antoniego maciążka

Wpisany przez Mariusz Golenia niedziela, 04 stycznia 2026 17:53

 

                 

 

Monografia „Kromołów 1193–1939” to monumentalne dzieło historyczne poświęcone najstarszej dzielnicy Zawiercia, którego premiera oraz promocja odbyła się 28 listopada 2025 roku w Pałacyku nad Wartą, na której to gościła Córka autora z rodziną. Publikacja ta stanowi najobszerniejsze jak dotąd opracowanie dziejów Kromołowa, liczące blisko 900 stron. Przedstawię Państwu w tym artykule kulisy powstania publikacji, prac nad książką. W kolejnym wpisie szczegółowiej przedstawię postać autora monografii.

Głównym autorem opracowania jest śp. Jerzy Antoni Maciążek, regionalista i badacz lokalnych dziejów, który poświęcił lata na zgromadzenie materiałów do tej publikacji. Jak sama określiła to dzieło autora, rodzina i przyjaciele: ...ta książka jest ukoronowaniem jego wielu lat pracy... Wydanie monografii stało się możliwe dzięki współpracy lokalnych instytucji i osób zaangażowanych w ochronę dziedzictwa regionu. Nie byłoby tej książki gdyby nie pan Stefan Rotarski – przedsiębiorca, były wiceprzewodniczący Rady Miejskiej w Zawierciu, radny Kromołowa. Pan Stefan przedstawił pomysł napisania historii Kromołowa panu Jerzemu Maciążkowi i nakłonił autor do rozpoczęcia prac, które przypadły na czasy covidowe, gdzie dostęp do materiałów był bardzo utrudniony. Dlatego prace nad książką trwały cztery lata. Jak pisze autor: Przyszedł do mnie mój powinowaty Stefan Rotarski od kilku pokoleń związany z Kromołowem… i kilkakrotnie usiłował przekonać mnie do podjęcia prac nad dziejami Kromołowa. Uległem… ale zastrzegłem, iż będzie ono dotyczyć tylko historii miasta do 1939 roku”. I tak się zaczęło pisanie monografii, gdzie prawą ręką pana Jerzego był siostrzeniec Dominik Ptaś.

Nie byłoby tego dzieła gdyby nie ponownie szeroka współpraca lokalnych przedsiębiorców oraz mieszkańców a na końcu wsparcia finansowego na wydanie książki ze strony Miasta Zawiercie w roku 110-lecia nadania praw miejskich. W tym miejscu wyrażając szczególne słowa podziękowania dla pana Stefana Rotarskiego, chciałbym podziękować wszystkim mecenatom tej książki. I powtarzając za autorem przekazać wyrazy wdzięczności dla Państwa Elżbiety i Piotra Jurczyk, Państwa Olgi i Stefana Król, Pana Włodzimierza Króla, Pana Miłosza Lendora, Państwa Joli i Tomasza Pacia, Panu Edmundowi Zygmańskiemu. Dziękuję w imieniu społeczności Kromołowa również Pani Annie Nemś - Prezydent Miasta Zawiercie oraz radnym Rady Miejskiej za środki finansowe na wydanie książki. A dalej wczytując się w treść podziękowań zwartych w książce składam wyrazy podziękowania osobom, które wsparły autora posiadanymi materiałami historycznymi: Panu Aleksandrowi Bąbie, Mariuszowi Goleni, Panu Henrykowi Cieśli, Państwu Barbarze i Janowi Figlom, Paniom Annie i Jadwidze Małeckim, Pani Dorocie Iskierce-Kot, Panu Sławomirowi Gębce, Panu Wacławowi Gębarskiemu, Panu Marcinowi Bargierowi, Panu Zbyszkowi Cholewce, Panu Wiesławowi Filipczykowi oraz Panu Tomaszowi Wrońskiemu – pracownikom Archiwum Narodowego w Krakowie, Pani Danucie Janakiewicz z Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Za tłumaczenia podziękowania dla Pani Anny Sokołowej. A za „koszące loty po archiwach” podziękowania dla Pana Dominika Ptasia. Na koniec podziękowań dodam od siebie – dziękuję Panu Jerzemu za wszystkie długie rozmowy telefoniczne, e-maile… za przekazaną wiedzę… za opowiadania historii… za życzliwość, poczucie humoru i „sprawdziany”, czy dużo zapamiętałem z „prywatnych lekcji” historii autora…

Aby powstała ta książka, którą część z Państwa ma już w swoich domach, autor musiał sięgnąć do materiałów, dokumentów z archiwum państwowych, kurii, parafii w Kromołowie. Materiałów od osób prywatnych i innych źródeł. Bibliografia, to 486 pozycji – w tym 71 tytułów prasowych. Do przeglądu 132 gazety oraz 27 dzienników urzędowych. Źródła niepublikowane (archiwalia) – rękopisy w języku: polskim, staropolskim, łacińskim, niemieckim i rosyjskim. Większość do przetłumaczenia. Objętości teczek to od 3 do 700 stron

Zakres tematyczny i zawartość

Książka szczegółowo dokumentuje ponad siedem wieków historii miejscowości – od daty pierwszej wzmianki (1193 r.) aż do wybuchu II wojny światowej w 1939 roku. Czytelnicy znajdą w niej m.in.:

  • Początki osadnictwa: Analizę najstarszych dokumentów i ramy czasowe formowania się Kromołowa.

  • Rozwój gospodarczy i społeczny: Opis czasów, gdy Kromołów posiadał prawa miejskie oraz historię tutejszego rzemiosła (m.in. sukiennictwa i warsztatów bawełnianych).

  • Relacje z Zawierciem: Procesy scalania się osad i wpływ rozwoju przemysłowego na utratę znaczenia administracyjnego Kromołowa na rzecz nowo powstającego miasta.

  • Dziedzictwo sakralne i zabytki: Historię miejscowej parafii, kościoła z romańskimi elementami oraz nieistniejącego już dworu obronnego.

Znaczenie publikacji

Monografia jest uznawana za „święto historii” i kompendium wiedzy o tożsamości regionalnej. Dzięki bogatej bibliografii i wykorzystaniu niepublikowanych wcześniej źródeł, stanowi fundament dla dalszych badań nad historią Jury Krakowsko-Częstochowskiej, Powiatu Zawierciańskiego, Miasta Zawiercie z najstarszą dzielnicą Kromołowem… od którego wszystko się zaczęło…

p.s. - bardzo dziękuję wszystkim przybyłym mieszkańcom, gościom na premierę książki do Pałacyku nad Wartą. Był to nie zapomniany wieczór, wśród tak licznej publiczności.

 

 

 

 

odrestaurowanie grobu rodziny zachertów

Wpisany przez Mariusz Golenia sobota, 27 grudnia 2025 13:46

 

          

 

W poniższym wpisie, chciałbym przedstawić Państwu prace jakich podjęli się Joanna i Karol Czapla, w związku z postępującym rozpadaniem się mogiły na grobie Rodziny Zachertów. Dziękując w tym miejscu za trud oraz czas, a także nakłady finansowe jakie zostały poświęcone renowacji tej mogiły (pomnika), chciałbym na początku podziękować przede wszystkim wykonawcom, pomysłodawcom, czyli Joannie i Karolowi, ale także w ich imieniu oraz w imieniu społeczności Kromołowa tym osobom, które miały również swój udział w tych żmudnych, trudnych precyzyjnych pracach. Gorące podziękowania dla:

- Państwa Olgi i Stefana Król za pomoc techniczną i wykonanie odlewu replik trzech głowni,

- ś.p. Księdza Andrzeja Karczewskiego - za umożliwienie przeprowadzenia prac renowacyjnych,

oraz dla pomocnych dłoni: Misi, Antosi, Łukasza, Filipa, Sławka, Janusza, Olka, Radka.

Efekt prac jaki możecie Państwo podziwiać idąc główną alejką cmentarza, to kolejny przykład lokalnej współpracy. Zaangażowania lokalnych przedsiębiorców, mieszkańców, osób mających Kromołowskie korzenie. To zaangażowanie pokoleniowe społeczności byłego Miasta Kromołów a obecnie najstarszej dzielnicy Miasta Zawiercie. Bardzo podobny przykład opiszę w kolejnym artykule. Tym razem będzie to historia książki – monografii…

Cmentarz Parafialny to miejsce wiecznego spoczynku Kromołowian, ale również historia tych ziem, społeczności. Miejsce to ukazuje rodzinne mogiły oraz historyczne postaci, mające swoje korzenie w najstarszej dzielnicy Miasta Zawiercie. Jedna z mogił, to grób Rodziny Zachertów - przemysłowców, powstańców, dziedziców Kromołowa. To miejsce spoczynku Edmunda Zacherta (zm. 29.09.1904 r.) – dziedzica Kromołowa i Bzowa, komisarza Powiatu Pileckiego Rządu Narodowego w 1863 roku. To miejsce gdzie spoczywają prochy Ludwika Zacherta (zm. 26.10.1849 r.) – ziemianina, przemysłowca na Zawierciu, oficera Gwardii Narodowej w 1831 roku. To miejsce pochówku Jana Fryderyka Zacherta (zm. 23.10.1847 r.) - przemysłowca sukienniczego, obywatela Miasta Kromołów, oficera Wojsk Napoleońskich.

Historię tej mogiły już kilka razy była opisywana na witrynie internetowej Społeczności Kromołowa. Pamiętacie zapewne Państwo jak praktycznie dwukrotnie „uratował ze śmietnika” tą mogiłę ś.p. Pan Marian Chmurski. Gdyby nie działania na początku wieku, pana Mariana – lokalnego przedsiębiorcy – zapewne ten pomnik historii skończyłby już na złomowisku. Ale dzięki Bogu, tak się nie stało. Na ile pan Marian miał możliwości i techniczne warunki w swoim warsztacie, wraz ze swoimi współpracownikami dokonał złożenia-odtworzenia, oraz pospawania mogiły stalowo-żeliwnej, która powróciła na „swoje miejsce”, aby dalej świadczyć o Rodzinie Zachertów oraz historii tych ziem.

Z racji korozji, swoich lat mogiła zaczęła ponownie popadać „w ruinę”. Po raz kolejny na jej zapomnienie nie pozwolił Karol Czapla i w latach 2021-2025 podjął się odbudowy mogiły.

Na okres remontu, żmudnych prac wykonał stalowy obiekt zastępczy w październiku 2021 r. Materiał z którego jest wykonany pomnik jest bardzo niewdzięcznym materiałem do prac renowacyjnych. Stop metalu, żeliwa, jeszcze tak skorodowany okazał się nie lada wyzwaniem. I tak to było. I wymagało to czasu, precyzji, wielu ręcznych prac. Pierwsze prace, to demontaż elementów, czyszczenie elementów, dospawywanie większych i mniejszych elementów 

Kolejny krok to wykonanie nowej konstrukcji – środka – szkieletu. Wykonany zostaje stelaż nośny konstrukcji, który następnie  poddany jest ocynkowaniu. A na końcu następuje pasowanie płyt. Dalsze prace, to dolewanie – wykonanie odlewów - brakujących elementów. Kiedy mogiła nabiera już pierwotnego kształtu – oryginalnego - wykonawcy przystąpili do konserwacji elementów. Nakładanie powłok – czterech warstw, wypełniania elastycznego, nakładanie zdobień i na samym końcu tego etapu prac, nakładaniepowłok zabezpieczających. Wszystkie wymienione powyżej prace dały efekt jaki dzisiaj wszyscy widzimy. Vis-a-vis siebie stoją odrestaurowane mogiły Rodziny Zachertów i ostatniego Burmistrza Miasta Kromołów – ś.p. Antoniego Bilnickiego. Ta mogiła też wymaga lekkiej poprawy – betonowa kula, cokół spod krzyża. To już rola samorządu miejskiego, powiatowego. Ale mając taką osobę jak Karol, zapewne mogiły ś.p. chor. Bolesława Kropaczka i Jego Żołnierzy, Grób Nieznanego Żołnierza, pomnik kierownika szkoły ś.p. Antoniego Sularza nie zostaną pozostawione same sobie. I tak jak zostało to uzgodnione z Księdzem Proboszczem, będą pod opieką, w dobrych rękach. Aby pamięć i tożsamość pozostała wśród nas i następnych pokoleniach. Poniżej załączam zdjęcia. Jak było, jak jest, jaki był postęp prac.

 

 

   

WSPOMINAMY APOLONIĘ BURZYŃSKĄ

Wpisany przez TSK środa, 04 grudnia 2024 20:45

                      
 
            WSPOMINAMY APOLONIĘ BURZYŃSKĄ
 
Apolonia Burzyńska to osoba, która zapisała się na kartach historii Kromołowa jako osoba pełna pasji i zaangażowania w ochronę oraz promocję swojej miejscowości. Kromołów, malownicza dzielnica Zawiercia, zawsze była bliska Jej sercu, a działania na rzecz mieszkańców miały na celu nie tylko zachowanie dziedzictwa kulturowego, ale i rozwój społeczności lokalnej. Wykazywała się dużą troską o historię oraz tradycje Kromołowa, organizując różne wydarzenia i inicjatywy mające na celu integrację mieszkańców oraz edukację na temat przeszłości tego regionu. 
 
Apolonia Burzyńska urodziła się 25 lutego 1936 roku w Kromołowie. W latach 1943 – 1949 uczęszczała do Szkoły Podstawowej, która wówczas mieściła się w budynku późniejszego Ośrodka Zdrowia, a obecnie Dwujęzycznego Niepublicznego Przedszkola „Katilandia” przy ul. Siewierskiej 74. Niestety edukację kilkunastoletniej Poli przerwała wojna, dlatego dalsza nauka uzupełniona została nauczaniem domowym. W okresie 1949 – 1953 uczęszczała do Liceum Żeńskiego w Zawierciu przy ul. Sądowej. W wieku 17 lat zdała maturę i podjęła studia w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Częstochowie na Wydziale Włókienniczym o specjalizacji przędzalnictwa bawełny. Lata 1958 – 1961 upłynęły Jej na pracy zawodowej w dolnośląskim zagłębiu bawełnianym Bielawa – Pieszyce – Dzierżoniów w Pieszyckich Zakładach Przemysłu Bawełnianego. W 1961 Apolonia Burzyńska wróciła w rodzinne strony, gdzie rozpoczęła pracę zawodową w zawierciańskiej „Bawełnie” i w Zawierciańskich Zakładach Tkanin Technicznych „KORDY” na kierowniczych stanowiskach technicznych począwszy od kierownika produkcji, a kończąc na dyrektorze technicznym.
 
W tamtym okresie Apolonia silnie i już na zawsze związała się z Kromołowem, który bardzo ceniła. Po latach wskutek zmian administracyjnych granic miasta Zawiercie „przyszło” do Niej. Aby jednak nie zatarła się historia najstarszej dzielnicy miasta oraz nie zaniknęła tożsamość mieszkańców oraz dziedzictwo kulturowe Kromołowa Apolonia Burzyńska mocno zaangażowała się w działalność powstałego 7 lipca 1994 roku Towarzystwa Sympatyków Kromołowa, organizacji pozarządowej, którego celem było rozbudzenie w mieszkańcach Kromołowa zainteresowania rodzinną miejscowością poprzez spotkania, prelekcje i wspomnienia. Od 15 sierpnia 2001 roku Apolonia Burzyńska pełniła funkcję Przewodniczącej Zarządu, a od 2023 została honorowym członkiem Towarzystwa Sympatyków Kromołowa. Apolonia była osobą o silnym poczuciu odpowiedzialności za przyszłość swojej społeczności. Dzięki Jej staraniom Towarzystwo Sympatyków Kromołowa było aktywną grupą, która organizowała wydarzenia kulturalne tj. wystawy, spotkania czy festyny, które nie tylko przyciągały mieszkańców, ale także przyczyniały się do promocji dziedzictwa lokalnego na szerszą skalę. Pola była organizatorką pełną pasji i zaangażowania, która w sposób profesjonalny i z wielkim entuzjazmem tworzyła i koordynowała wycieczki, wyjazdy oraz wydarzenia kulturalne mające na celu aktywizację społeczeństwa. Jej działalność skupiała się na organizowaniu przestrzeni, w której uczestnicy mogli poszerzać swoje horyzonty, integrować się z innymi oraz w pełni wykorzystać możliwości, jakie dawało współczesne życie kulturalne. Dzięki Niej uczestnicy mieli okazję do poznania nowych kultur, tradycji, a także nawiązania trwałych relacji. W swoich projektach stawiała na współpracę z lokalnymi artystami, twórcami, przewoźnikami czy przewodnikami, co nie tylko wspierało lokalną gospodarkę, ale również promowało dziedzictwo kulturowe regionu, w którym żyła, pracowała i działała. W 1999 roku z inicjatywy Apolonii Burzyńskiej Towarzystwo Sympatyków Kromołowa rozpoczęło wydawanie kwartalnika pt. „Kromołów wczoraj i teraz”, którego została redaktor naczelną. We współpracy z innymi zaangażowanymi kromołowianami oraz pasjonatami lokalnej historii z kraju i zagranicy publikowała artykuły dotyczące Kromołowa, prezentowała jego najpiękniejsze zakątki, wspominała ciekawe postaci oraz podkreślała zaangażowanie mieszkańców w rozwój Kromołowa. Jak sama wielokrotnie, stąd bliżej jej było na spacery w jurajskie lasy i skały. Działania Apolonii Burzyńskiej cechowała otwartość na współpracę zarówno z mieszkańcami, jak i z lokalnymi instytucjami czy organizacjami.
 
Cechowała ją także wrażliwość na potrzeby społeczne oraz umiejętność mobilizowania i motywowania innych do działania. Przykładem empatii i działania na rzecz potrzebujących była akcja pomocy dla powodzian, którą Apolonia Burzyńska zainicjowała dla powodzian w Kłodzku w 1997 roku. Dzięki Jej pracy Kromołów stał się miejscem, które nie tylko pielęgnuje swoje tradycje, ale także stawia na rozwój, w tym na poprawę jakości życia mieszkańców. Wielu mieszkańców Kromołowa i osób związanych z miastem doceniało Polę za Jej entuzjazm, determinację i zaangażowanie w sprawy lokalne. Była osobą, która z pasją realizowała swoje cele i inspirowała innych do wspólnego działania na rzecz dobra wspólnego. Miejscowe władze samorządowe doceniły to i wielokrotnie wyróżniały Apolonię medalami i podziękowaniami. Za swój wkład w rozwój państwa i jego kultury Apolonia Burzyńska została uhonorowana Orderem Odrodzenia Polski Polonia Restituta oraz Złotym Krzyżem za Zasługi dla Polski. Apolonia Burzyńska zmarła 16 lipca 2024 roku, a Jej grób znajduje się na cmentarzu parafii Św. Mikołaja w Kromołowie. Wśród lokalnej społeczności została zapamiętana jako społeczniczka i wieloletnia działaczka w strukturach Towarzystwa Sympatyków Kromołowa.
 
W pamięci przyjaciół, znajomych i współpracowników Apolonia Burzyńska pozostała jako wspaniała Pola, przyjacielska, uśmiechnięta, energiczna.
 
Krystyna Surma dla swojej koleżanki na pożegnanie napisała wiersz:
 
„PRZYPADEK ZRZĄDZIŁ”
 
Nastąpił moment, że zgasła nam wspaniała kobieta „Aurora”
Serce nam rozrywa, bo Ona tak bardzo chciała:
wiedzy, kunsztu, przyjaźni, człowieka,
czegoś, co serce przenika – miłości człowieka do człowieka.
Mając taki „widz” na Jurę szerzyła kulturę.
Była najwspanialszą kobietą Jury Krakowsko – Częstochowskiej
Tak bardzo bym chciała, aby Ona od nas i ode mnie tego doznała.
 
Czesława Kumaszka - Bąba tak wspomina Apolonię Burzyńską:
 
Wciąż wracam myślami do Poli jako najbliższej mi Osoby i uświadamiam sobie, że to już czas przeszły, że Jej już nigdy nie zobaczę. Przed oczyma przesuwają mi się obrazy z wspólnie spędzonych chwil. Widzę, jak na schodach Pałacyku po spotkaniach Towarzystwa Sympatyków Kromołowa żegnamy się i rozchodzimy do domów, widzę spotkania w ogrodzie Poli, kiedy obdarowywała mnie kwiatami. Wspominam także spotkania towarzyskie w Jej domu, które bardzo lubiłam, ponieważ zawsze przygotowane były z wielkim pietyzmem i starannością. Tym spotkaniom zawsze przyświecała jakaś myśl, przesłanie, dowcip „z górnej półki”, a wśród uczestników panowała niepowtarzalna atmosfera. Każde spotkanie w Towarzystwie Sympatyków Kromołowa nie pozbawione było wyrazu, a obecność Poli była niezbędna. W moim domu Pola była gościem wyczekiwanym. Z Nią nigdy się nie nudziłam, przy Niej każdy czuł się dobrze, ponieważ umiała rozmawiać z ludźmi w atmosferze przyjaźni i szacunku, wysłuchiwała zwierzeń, tonowała emocje, służyła zawsze pomocną dłonią. W obecności Poli czuło się Jej przyjaźń, ciepło, pozytywny klimat, który tworzyła swą osobowością. Oprócz tych osobistych zalet, które mnie bardzo urzekały Pola bardzo wiele robiła na rzecz społeczeństwa. Jej inicjatywy wniosły wiele dobrego do Kromołowa. Oczywiście działała z ludźmi, członkami Towarzystwa Sympatyków Kromołowa, grupą osób, której nie były obojętne sprawy najbliższej okolicy. Niepisana zasada była jedna i brzmiała: „Poli się nie odmawia!”. I to jest dowód na niepowtarzalną charyzmę Człowieka przez duże „Cz”. Wspominając tę Kochaną Osobę nie sposób przecenić Jej wysiłki w organizowanie wycieczek, wypadów, imprez kulturalnych, patriotycznych i rozrywkowych. To dzięki Niej mieliśmy możliwość poznania najbliższej okolicy, Polski i Europy. Uczestniczyliśmy w bardzo wielu wydarzeniach, które były ciekawe tematycznie i rozwijające pod względem intelektualnym, patriotycznym, a także rozrywkowym. 
 
Przeżyliśmy z Polą wspaniałe chwile, za które Jej bardzo dziękujemy.

 

   

Kapliczki „Czerwonego” Zagłębia

Wpisany przez Aleksander Bąba niedziela, 04 października 2020 21:29

W czerwcowym numerze miesięcznika „Śląsk” ukazał się artykuł dotyczący niezwykłego człowieka, którego pasją była budowa przydrożnych betonowych krzyży – kapliczek. Pierwsze jego dzieła zaczęły powstawać w czasie II wojny światowej. Budował je do 1974 roku. prawie do kresu swego życia. W okresie powojennym ówczesne władze nie były przychylne powstawaniu tych kapliczek. W rzeczywistości socjalistycznej trudno było stawiać takie obiekty sakralne jak krzyże, kapliczki. Obowiązywały zasady  socjalistycznego spojrzenia na rzeczywistość. Były trudności z uzyskaniem pozwoleń administracyjnych. Jednak kapliczki powstawały. Dzięki determinacji takich osób jak Andrzej Brąblik wybudowano na terenie gmin powiatu zawierciańskiego ponad 40 kapliczek tego typu. W pobliżu Kromołowa, w którym mieszkam jest sześć takich kapliczek. Dwie są w Pomrożycach, jedna w Bzowie, jedna w Morsku i dwie są w Podzamczu.

Ich wygląd zewnętrzny jest charakterystyczny ze względu na powtarzający się kształt. Jednakże różnią się szczegółami w dekoracji i wystroju. Środkowy segment kapliczek ma zawsze zwieńczenie w kształcie stylizowanej kwadratowej korony. Ten właśnie fragment wystroju został zaczerpnięty z XIX wiecznych „pomników wdzięczności”, budowanych w niektórych miejscowościach w czasie zaboru rosyjskiego.

Andrzej Brąblik urodził się w 1890 roku w Kwaśniowie koło Klucz. Po ślubie w 1913 r. wraz z żoną Balbiną zamieszkał w Kocikowej koło Pilicy. Był rolnikiem – prowadził niewielkie kilkuhektarowe gospodarstwo. Był człowiekiem bardzo pracowitym. W swoim gospodarstwie miał kuźnię, zajmował się kowalstwem. Miał także warsztat kamieniarski. Robił pomniki na cmentarzach, zajmował się również produkcją cementowych wyrobów, takich jak dachówki do pokryć dachowych. Wytwarzał cementowe zbiorniki na wodę deszczową, koryta i poidła dla zwierząt gospodarskich. Prowadził sklep z artykułami spożywczymi, drobną galanterią chemiczną i metalową Niejednokrotnie bywało, że dla wielu mniej zamożnych mieszkańców zakupy zapisywał w zeszycie na kredyt. Zdarzało się, że niektóre zapisane na kredyt artykuły traktował „z przymrużeniem oka”. Wspomina o tym Stanisława – wnuczka Brąblika urodzona w 1943 r. O dziadku mówi, że był człowiekiem dobrym, religijnym o łagodnym usposobieniu. Był człowiekiem modlitwy. Wnuczka często słyszała w obejściu domowym i przy pracy w polu jak śpiewał Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP. Odmawiał często cały różaniec, wówczas wszystkie trzy części klęcząc. Największą jego pasją w życiu była budowa kapliczek przydrożnych. Poświęcał temu zajęciu wiele czasu.

Autorami artykułu w miesięczniku „Śląsk” są Tadeusz Loster, starszy kustosz Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu, łączący zawód górniczy z zamiłowaniem do historii Polski i Aleksander Bąba miłośnik, pasjonat historii Ziemi Zawierciańskiej.

„Śląsk” – miesięcznik społeczno-kulturalny i literacki ukazujący się od 1995 r.  Wydawany jest przez Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach oraz Bibliotekę Śląską. W czasopiśmie poruszane są problemy historyczne, społeczne, gospodarcze, ekonomiczne i kulturowe dotyczące Górnego Śląska. W czasopiśmie nie brakuje także felietonów z zakresu literatury, muzyki, historii czy sztuk plastycznych.

Miesięcznik „Śląsk” dostępny w Instytucie Myśli Polskiej im. Wojciecha Korfantego, przy ulicy Teatralnej 4 (parter obiektu) tel. 32 258 07 56. Miesięcznik jest tam w ciągłej sprzedaży, także numery archiwalne. Tam również, w salonie Wydawnictwa Naukowego „Śląsk” są dostępne publikacje książkowe o śląskiej tematyce i z literaturą piękną, powstającą w województwie śląskim.

Miesięcznik „Śląsk” dostępny także na stronie internetowej:
http://www.slaskwn.com.pl/sklep/slask-miesiecznik-spoleczno-kulturalny-0

Artykuł „Kapliczki Czerwonego Zagłębia” z Miesięcznika „Śląsk” do pobrania w formacie PDF.

15. 09. 2020 r.
Aleksander Bąba

  • Kapliczka w Bzowie z 1959 r.
  • Andrzej Brąblik (pierwszy od lewej) stawia kapliczkę w Sławniowie, 1951
  • Były „pomnik wdzięczności” w Pilicy
  • Kapliczka w Kocikowej, 1945
  • Kapliczka w Pomrożycach, 1951
  • Kapliczka w Gieble, 1949
  • Kapliczka przy szosie nr 790, rok 1953
  • Kapliczka w Cisowej, 1974

Kapliczki „Czerwonego” Zagłębia

Tadeusz Loster
Aleksander Bąba

Ziemie, które zwiemy „Zagłębiem Dąbrowskim” albo – w skrócie – „Zagłębiem”, miały ciekawą historię i jeszcze
ciekawszą mitologię polityczną. Naprawdę było to miejsce życia i pracy zwyczajnych ludzi, którzy niekiedy robili coś pod przymusem, a – gdy znaleźli taką możliwość – wyrażali swoje uczucia w nieoczekiwany sposób. O tym opowiemy, ilustrując tekst zdjęciami obiektów, których lokalizacji, a zwłaszcza roku budowy, nikt z nieco dalszych stron by się nie spodziewał.

Dla geograficznego i historycznego porządku trzeba zacząć od – nie dla wszystkich dziś oczywistego – stwierdzenia, że obecne województwo śląskie to jednostka samorządu terytorialnego, położona na obszarze części Górnego Śląska i zachodnich kresów Małopolski w tym Zagłębia Dąbrowskiego, Zagłębia Krakowskiego, Żywiecczyzny i Częstochowy. Przy wyznaczaniu granic uwzględniono aktualne powiązania gospodarcze i komunikacyjne, nie utrwalając granic historycznych, które i tak zostały zamazane wielkimi migracjami i licznymi małżeństwami.

Granice (pre)historyczne
W roku 1939 Niemcy włączyli Zagłębie Dąbrowskie (Altreich) do Śląska, czyli do Rzeszy. Argumentowano, że tereny te (nie wszystkie) w średniowieczu były częścią Śląska i dopiero w roku 1443 zostały przez księcia cieszyńskiego Wacława I sprzedane za 6 tys. grzywien biskupowi krakowskiemu Zbigniewowi Oleśnickiemu, który z tych obszarów utworzył Księstwo Siewierskie. Teren Księstwa Siewierskiego kojarzony jest często z późniejszym Zagłębiem Dąbrowskim, choć Sosnowiec, Będzin czy Dąbrowa Górnicza leżą tylko częściowo na obszarach dawnego Księstwa Siewierskiego. Za to Czeladź i Wojkowice znajdują się w całości na terenie Księstwa.

Dawna granica Śląska z Rzeczpospolitą jest do dziś widoczna w osobliwy sposób. Wyznacza ją Szlak Orlich Gniazd, czyli ciąg warowni jurajskich, usytuowany na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej. Zamki te miały bronić granic Polski. Końcową warownią była twierdza jasnogórska, kojarzona obecnie raczej z cudownym obrazem Matki Boskiej, a nie z fortyfikacją oddaloną od dawnej granicy o ok. 12 km.

Mimo „jednoczenia” Śląska przez Rzeszę Niemiecką, między Ślązakami a Zagłębiakami istniały antagonizmy, które przetrwały do dnia dzisiejszego, choć (poza stadionami) nie odgrywają już żadnej roli. Dla rodowitego Ślązaka po przekroczeniu rzeki Brynicy rozciągał się „czerwony matecznik”, kraina gdzie uwielbia się towarzysza „Wiesława”, podziwia się Gierka i z rozrzewnieniem wspomina się sojusz robotniczo-chłopski. Jednym słowem – czuje się nostalgię za „prawdziwą” Polską Ludową.

Czerwony matecznik
Czy faktycznie Zagłębie było i jest „czerwonym matecznikiem”? Czy faktycznie jego mieszkańcy należeli do robotniczo-chłopskiej grupy obywateli PRL-u, głęboko uświadomionych politycznie i wierzących tylko w komunistyczny raj na ziemi? Sprawdźmy.

Zawiercie to miasto powiatowe (na prawach miejskich od 1915), leżące na terenie historycznej Małopolski. Mimo swojego położenia zaliczane jest do Zagłębia Dąbrowskiego ze względu na bliskość miast Zagłębia oraz XIX-wieczny rozwój przemysłu włókienniczego, hutniczego, odlewniczego czy szklarskiego. Obecnie miasto ma blisko 50 tys. mieszkańców. W okresie międzywojennym liczyło około 30 tys., a – co ciekawe – olbrzymi przemysł zawierciański w okresie międzywojennym i jeszcze w latach pięćdziesiątych zatrudniał więcej pracowników niż miasto liczyło ludności.

Niedobór robotnika miejscowego uzupełniali chłopi z pobliskich miejscowości, tworząc typową społeczność robotniczo-chłopską. Wszelkie zawirowania historyczne, które dotykały miasto (a przede wszystkim przemysł) powodowały, że Zawiercie okresowo nazywano „miastem umarłym” lub „miastem bezrobotnych”. Taki stan zaznaczał się silnym wpływem komunistycznym i tak w roku 1928 komuniści w mieście zdobyli blisko 25% głosów, a PPS około 8%. W tym okresie działaczem komunistycznym w Zawierciu był Towarzysz „Wiesław” – Władysław Gomułka. W roku 1930 doszło do starć zbrojnych pomiędzy bezrobotnymi a policją. Zginęły trzy osoby, a dzień ten – 18 kwietnia 1930 – nazwano „Krwawym Piątkiem”.

Zawiercie leży w połowie drogi pomiędzy Częstochową a Krakowem, czyli w środku Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Nazywane jest „Bramą do Jury”. Tu rozchodzą się szlaki turystyczne na tereny Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd do atrakcyjnych turystycznie obszarów wapiennych ostańców i średniowiecznych ruin zamków w Ogrodzieńcu, Bobolicach, Mirowie, Smoleniu czy w Morsku. Najbliższe okolice Zawiercia obfitują także w rezerwaty skalne i przyrodnicze, wymarzone dla miłośników turystyki i wspinaczki, stanowiące największy obszar wspinaczkowy w Polsce.

Pomniki niewyobrażalne
Pasmo ciągnących się jurajskich ostańców to również w ich okolicy duża ilość cmentarzy wojennych. Takie ukształtowanie terenu sprzyjało prowadzeniu wielomiesięcznych walk pozycyjnych. Gdzieniegdzie znajdziemy mogiły powstańcze z roku 1863 oraz – niewyobrażalne, a jednak prawdziwe – pomniki wdzięczności, stawiane po uwłaszczeniu włościan na cześć cara Rosji Aleksandra II (niestety nie znajdzie się ich w żadnym przewodniku turystycznym). Stawiane były przez miejscowych chłopów inspirowanych (tzn. przymuszanych do fundowania) przez carskich naczelników wojennych. Do chwili obecnej przetrwało ich bardzo mało. Kilka z nich zachowało oryginalne dziękczynne napisy. Przykład:

Błogosław Boże Najjaśniejszemu, ALEKSANDROWI II, Cesarzowi Wszech Rossyi, Królowi Polskiemu, Za nadanie nam Prawa, W dniu 19 lutego/2 marca 1864 r. Wdzięczni Włościanie – Za bytności, naczelnika wojennego, Uczastka Pileckiego, porucznika A. Kmit, 1866 r.

Na szczycie pomnika w kształcie prostokątnej korony widoczny jest monogram cara Aleksandra II – stylizowana litera „A”, zwieńczona koroną wpisaną w okrąg ułożony z liści laurowych, otoczony napisem: POD TWOJEM BERŁEM SZCZĘŚCIE POLSKI (wszystkie napisy przytaczamy tu w ortografii oryginalnej).

Pomnik taki z czytelnym napisem zachował się w powiecie zawierciańskim tylko w Chlinie Dolnej. Na większości monumentów po roku 1918 napisy te zostały skute, a niektóre z nich, jak np. na pomniku w Pilicy, zostały przerobione. W miejscu, gdzie znajdował się kiedyś „dziękczynny” napis, zamontowano orła oraz wykuto nowy napis o treści: NA PAMIĄTKĘ ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOŚCI XI/1918 – XI/1927 r.

Znane pomniki wdzięczności wykute są z kamienia wapiennego. Z uwagi na identyczną wielkość i kształt musiały być wykonane w tym samym warsztacie kamieniarskim. Na ich szczycie osadzony został krzyż o charakterystycznym kształcie. Krzyże te wykonywane były w fabryce w Białogonie pod Kielcami. Wiadomo, że wykonano ich 200 sztuk.

Trwałość formy
Zwiedzając okolice powiatu zawierciańskiego, można natknąć się na kapliczki, które do złudzenia przypominają opisane „pomniki wdzięczności”, ale wyrażają treść zupełnie inną. Jest ich około czterdziestu. Usytuowane są przy drogach, na skrzyżowaniach dróg oraz na terenie prywatnych posesji. Na tym terenie utrwaliła się pewna – wymuszona przez zaborcę – forma, ale treść tworzyła się już spontanicznie. Nowi budowniczowie nie przeglądali światowych katalogów. Wznosili takie obiekty, jakie – ich zdaniem – były normą w okolicy.

Tego typu pomniki-kapliczki stawiane były na solidnym, cementowym fundamencie, na którym osadzono podstawę wymurowaną z jurajskiego kamienia wapiennego. Na tak przygotowanej podstawie ustawiony jest górny betonowy segment w formie prostopadłościanu zwieńczonego stylizowaną koroną, na której ustawiony jest betonowy krzyż. Na widokowej stronie segmentu wypisane są sentencje o różnych treściach. Obok nich wyryto daty wystawienia kapliczek – co ciekawe – przeważnie z okresu propagowanego w „Czerwonym Zagłębiu” ateizmu. Na niektórych kapliczkach, w tylnej ich części, wypisane jest nazwisko wykonawcy: „A. Brąblik, Kocikowa”.

Andrzej Brąblik urodził się w roku 1890 w Kwaśniowie koło Klucz. W roku 1913 zamieszkał w Kocikowej koło Pilicy. Był chłopem, prowadził małe kilkuhektarowe gospodarstwo. Praca na roli nie wystarczała Brąblikowi, założył więc kuźnię, miał także warsztat kamieniarski. Rozpoczął produkcję wyrobów cementowych oraz otworzył sklep. Wnuczka Brąblika, Stanisława Żyła, wspomina go jako człowieka uczciwego i dobrego o pogodnym usposobieniu, bardzo religijnego. Może dlatego jeszcze podczas wojny w 1942 roku wybudował kapliczkę-pomnik przy drodze do Biskupic, a zaraz po zakończeniu wojny wybudował kapliczkę przy swoim drewnianym domku. W roku 1946 Andrzej Brąblik wraz z Antonim Wnukiem postawili
podobną w Ryczowie przy drodze leśnej do Pilicy, a w 1949 – na Górce przy wjeździe do Kocikowej. Wszystkie te cztery kapliczki przypominały wyglądem starsze od nich pomniki „wdzięczności”. Dzieła Brąblika podobały się okolicznym mieszkańcom, a do jego zakładu zaczęli zgłaszać się klienci, zamawiający budowę „takiego samego” pomnika.

Kapliczki przydrożne
Nowe kapliczki kamieniarz budował dla fundatorów z okolicy Zawiercia przeważnie w miejscach drewnianych krzyży. Nowe kapliczki stawiano na terenach oddalonych od warsztatu o nawet kilkadziesiąt kilometrów. Na wybrane miejsce przywożono piasek, cement z pobliskiej cementowni WIEK w Ogrodzieńcu, a także polne kamienie. Z tego materiału powstawał fundament oraz dolny segment kapliczki. Na tak wybudowanym postumencie montowano górne segmenty. Były to gotowe elementy, wykonane wcześniej w zakładzie Brąblika.

Dekoracje i zdobienia elementów betonowych wykonywano w odpowiednio przygotowanych formach drewnianych. Tekst inskrypcji – omawiany i zatwierdzany przez fundatora – wydrapywany był w betonie jeszcze przed jego utwardzeniem. Kapliczkę zwieńczał betonowy krzyż, osadzony w otworze górnego segmentu. Pod krzyżem montowano betonowe „pudło” o łukowym sklepieniu, w którym można było umieścić gipsową lub porcelanową figurkę. W ten sposób postawiona kapliczka miała blisko 4 metry wysokości. Obiekty były do siebie podobne, jednak nie identyczne, co pokazujemy za zdjęciach. Niektóre z nich, w zależności od zasobności fundatora, są pokaźniejsze i bogatsze w ozdoby, napisy i zewnętrzny wystrój.

Sentencje niezwykłe
Jedna z najwcześniej wybudowanych kapliczek (przy domu Brąblików) nosi napis: JEZUS MARYJA NIECH WAM BĘDZIE CZEŚĆ I CHWAŁA ZAWSZE I WSZĘDZIE FON. A. i B. BRĄBLIKOWIE, KOCIKOWA ROK P. 1945.

Pomrożyce to wieś oddalona od Kocikowej o ponad 20 km, tutaj stoją dwie kapliczki wybudowane przez Brąblika w roku jak najbardziej stalinowskim: 1951. Obydwie zostały ufundowane przez mieszkańców Pomrożyc. Na jednej z nich jest napis: O JEZU POKORNIE CIĘ BŁAGAMY, NIECH POKÓJ SERCA I DUSZY W TOBIE MAMY. FUNDATOROWIE GROMADA POMROŻYCE ROK P. 1951.

Bzów – obecnie dzielnica Zawiercia – to dawny zaścianek szlachecki. Tutaj przy ul. Konopnickiej została postawiona kapliczka w roku 1959, a na jej licu widnieje napis: BOŻE BŁOGOSŁAW WSZYSTKIM, KTÓRZY CIĘ WZYWAJĄ. STRZEŻ I ZACHOWAJ OD ZŁEGO, KIEDY W TOBIE UFAJOM, ROK P. 1959.

Trudno opisać wszystkie sentencje umieszczone na blisko 40 kapliczkach. Odnotujmy dwie charakteryzujące okres, w którym były stawiane. To kapliczka w Gieble przy ul. Częstochowskiej, wybudowana w roku 1949 w miejscu starego drewnianego krzyża, datowanego na rok 1843. Na kapliczce tej widnieje sentencja: BOŻE BŁOGOSŁAW PRACY ROLNIKA. GIEBŁO DN. 15. IV. ROK P. 1949.

I jeszcze jedna kapliczka, okazalsza i większa od innych, wystawiona przy szosie nr 790 prowadzącej do Giebła. Ta kapliczka została postawiona w miejscu szczególnym, obecnie na skrzyżowaniu ulic Edukacyjnej z Zawierciańską, gdzie w tamtych czasach był przystanek przewozu pracowniczego. Chłoporobotnicy, dojeżdżający do przystanku z dalszych odległości na rowerach, pozostawiali je do czasu powrotu u zaprzyjaźnionego miejscowego gospodarza. Podczas rozmów w oczekiwaniu na przewóz pojawił się pomysł wybudowania w tym miejscu kapliczki. Pomysłodawcy wyczuwali potrzebę polecenia się opiece boskiej na czas pracy. Finansowanie budowy przez robotników wsparli mieszkańcy pobliskich
zabudowań. Tak w 1953 roku rozpoczęła się budowa kapliczki na posesji Kazimierza i Franciszki Cichorów. Przy budowie pomagał Brąblikowi murarz z rodziny Cichorów. Na wystawionej kapliczce wypisano sentencję:

PÓJDŹCIE DO MNIE WSZYSCY, KTÓRZY PRACUJECIE I OBCIĄŻENI JESTEŚCIE, A JA WAS OHŁODZĘ. CHWAŁA NA WYSOKOŚCI BOGU, A NA ZIEMI POKÓJ LUDZIOM DOBREJ WOLI. – BUDOWA TEJ FIGURY Z DOBROWOLNYCH OFIAR ROBOTNIKÓW GIEBŁA I KIEŁKOWIC. – NA CZEŚĆ CHRYSTUSOWI W HOŁDZIE ROBOTNICY 1953.

W treści tej sentencji jest ukryty obraz i dużo prawdy, jacy byli ROBOTNICY 1953 roku –na pewno inni niż pisała, mówiła i chciała PRL-owska propaganda. Już sama ortografia świadczy, że „figurę” zbudowano bez inspiracji, a nawet bez wiedzy władz kościelnych czy jakichkolwiek innych.

Mówi się, że jeśli nie ma opiekuna jakiegoś obiektu, to jest on własnością „każdego”, a do opieki... niczyją. Dlatego warto wspomnieć opiekunów kapliczek, które w większości są zadbane. Trudno opisywać i wymieniać wszystkich, może przykładowo tych od kapliczki „robotniczej”. Postawiona na posesji rodziny Cichorów była przez nich doglądana do 1992 roku przy wsparciu sąsiada Jarosława Guzika. Opiekę nad kapliczką przejęła ich córka Kazimiera wraz z mężem Jerzym Jarosem. Obecnie od 2005 roku kapliczką opiekuje się wnuk Antoni Jaros z żoną Urszulą. W maju 2020 kapliczka ze szczególną starannością została odnowiona przez Urszulę Jaros.

Andrzej Brąblik zmarł w lutym 1978 roku. Ostatnia jego kapliczka (już po jego śmierci) została postawiona w Cisowej w roku 1980 w miejscu, gdzie stał drewniany krzyż z czasów powstania styczniowego. W 1974 roku właściciele posesji, państwo Rochowie, zdecydowali, że na miejscu dawnego krzyża, ufundują kapliczkę. Do Andrzeja Brąblika pojechał Franciszek Roch i złożył zamówienie. Jednak przywieziona na miejsce w elementach kapliczka nie została postawiona z uwagi na „brak zezwolenia administracyjnego na budowę”. Wyleżała się na placu do roku 1980. Wraz z gospodarzami wymurował ją i złożył murarz ze Smolenia, Jan Sikora. Na postawionej kapliczce wypisana jest sentencja: JEZUS MARIA, MY SIĘ ZAWSZE WASZEJ OPIECE POLECAMY ROK P. 1974. W 1981 roku w nowej politycznej rzeczywistości, w okresie „Solidarności” podczas obrzędu poświęcenia pól w Cisowej kapliczkę poświęcił proboszcz parafii św. Jana Chrzciciela w Pilicy ks. Kanonik Mieczysław Zaława.

 

   

Generał Brygady

Wpisany przez Mariusz Golenia sobota, 10 marca 2018 09:12

Ostatnimi czasy dużo się zmienia w naszym kraju. W życiu politycznym, gospdarczym, społecznym. U każdego z nas w życiu prywatnym, rodzinnym, zawodowym. Nie każdy z nas śledzi na bieżąco news-y telewizyjne, radiowe. Takie zmiany zaszły również w Wojsku Polskim. W Sztabie Generalnym. Cytując tekst piosenki „…nadchodzi nowe pokolenie…”. Następuje zmiana warty. I tak można określić awans generalski płk Szymona Koziatka, który z rąk Prezydenta RP Andrzeja Dudy otrzymał nominację generalską w dniu 1 marca 2018r. Jest zastępcą szefa Zarządu Planowania i Programowania Rozwoju Sił Zbrojnych – P5. Generał Brygady Szymon Koziatek jest rodowitym kromołowianinem, z tak zwanej „małej uliczki”, jak nazywana jest ul. J.U. Niemcewicza. Tutaj się urodził, wychował, chodził do szkoły. Tutaj też prawdopodobnie zamierza spędzić swoją zasłużoną „jesień życia”. A świadczy o tym wybudowanie rodzinnego domu w naszej miejscowości. Chociaż, większość swojego życia spędził poza Kromołowem. W służbie Ojczyzny. Biorąc udział w misjach woskowych, kontyngentach. Służył na wielu kontynentach, w wieli krajach. Gratulując w imieniu naszej społeczności gen. bryg. Szymonowi Koziatkowi awansu, życzymy wielu sukcesów zawodowych w Sztabie Generalnym i kolejnych „gwiazdek”.

A nawiązując jeszcze do zmian pokoleniowych, do tego że życie nie znosi próżni. Do sportowców, którzy jedni odchodzą w glorii chwały a pojawią się nowi mistrzowie (skoki narciarskie). Nawiązując do naszego miasta, dzielnic. Ze Sztabem generalnym pomału żegna się zastępca szefa SG – gen. bryg. Jan Dziedzic. Urodzony na Wartach. Kiedyś powiedzieliby „z jednej parafii”. Jak widać miasto Zawiercie ma dobre kontynuacje wojskowe - „generalskie”. I niech tak zostanie. Młode pokolenie rośnie, uczy się i…

Wielu z Państwa zapewne nie zna nowego gen. bryg. Szymona Koziatka lub może „lekko” nie pamięta młodego chłopaka, który wyruszył z Kromołowa na przygodę swojego życia z Wojskiem Polskim. Poniżej przedstawiam kilka fotografii z „sieci” oraz artykuł i linki do poczytania o naszym rodaku, ale nie tylko jako generale. Jego pasją po „trzydziestce” stał się rower. W 2012 roku podjął największe dla polskich kolarzy amatorów wyzwanie – jadąc non stop, pokonał liczącą 1008 km trasę Bałtyk – Bieszczady. Zachęcam do lektury i obejrzenia galerii fotografii.

„Wojskowi fani kolarstwa do ubiegłorocznych sukcesów Rafała Majki i Michała Kwiatkowskiego

mogą dopisać triumf swojego zawodnika, płk. Szymona Koziatka”

 Ściganie na kilkusetkilometrowych dystansach Szymon Koziatek rozpoczął przed pięcioma laty, tuż przed czterdziestką. W 2012 roku podjął największe dla polskich kolarzy amatorów wyzwanie – jadąc non stop, pokonał liczącą 1008 km trasę Bałtyk – Bieszczady. W 2014 roku powtórzył wyczyn. Ponadto zdobył Puchar Polski w szosowych maratonach rowerowych w kategorii open. Superkolarz jest pułkownikiem. Wywodzi się z 25 Brygady Kawalerii Powietrznej, a obecnie służy w Dowództwie Operacyjnym Sił Zbrojnych RP.

 Smak zwycięstwa

Kiedy w 2012 roku ukończył ponadtysiąckilometrowy wyścig Bałtyk – Bieszczady, najbardziej tym wyczynem chyba zaskoczył sam siebie. Mimo wszystkich przeszkód – na trasie pękła mu szprycha i rozcentrowało się koło, a na dodatek pomylił trasę, przez co przejechał kilkadziesiąt kilometrów więcej niż pozostali – pokonał dystans w 50 godzin i kilka minut. W 2013 roku nie rozgrywano supermaratonu ze Świnoujścia do Ustrzyk Górnych, więc skupił się na cyklu wyścigów liczonych do Pucharu Polski w szosowych maratonach rowerowych. Zajęcie drugiego miejsca w swojej kategorii wiekowej i szóstego open w klasyfikacji pucharowej było motywacją do „kręcenia kolejnych tysięcy kilometrów”.

W 2014 roku wyścigi dla Szymona Koziatka były już nie tylko sportową przygodą, lecz także konsekwentnie realizowanym planem startowym: „Pomyślałem, że fajnie byłoby wreszcie wygrać jakiś wyścig. Bo do tej pory przyjeżdżałem w czołówce, ale nie zaznałem smaku zwycięstwa”. Zaczął od 320-kilometrowego ultramaratonu w Świnoujściu: „Zimno, deszcz, a na dodatek 10 km po starcie kolega zajechał mi drogę… Jak zbierałem się z szosy, pomyślałem, że włożyłem tyle wysiłku, a sezon nie będzie się liczył. Na szczęście rower był cały, a ja tylko nieco poobijany. Dając z siebie wszystko, po 5 km dogoniłem grupę, a na mecie byłem pierwszy”.

I tak wygrał swój pierwszy wyścig, i to w kategorii open, więc już na początku sezonu roczny plan miał wykonany… Potem zwyciężał jeszcze pięciokrotnie w kategorii open – w Świnoujściu, Świdwinie, Iławie, Kołobrzegu i Niechorzu, trzy razy był trzeci, raz drugi i tylko dwa razy trochę dalej. W efekcie odniósł zwycięstwo open w całym cyklu.

W środku sezonu, gdy wszystko szło nadspodziewanie dobrze, stanął przed dylematem. Z cyklem wyścigów liczonych do Pucharu Polski kłócił się ponowny udział w tym najdłuższym, którego nie chciał odpuścić: „Parę wyścigów już wygrałem, nazbierałem sporo punków, a w tydzień po trasie Bałtyk – Bieszczady była Iława, potem Karpacz i Rewal. Jak pokonać morderczy dystans, żeby się nie wycieńczyć i nie zaprzepaścić dorobku?”.

Jeszcze lepiej?

Przed startem Szymon Koziatek pobawił się trochę w matematykę: „Z poprzednich doświadczeń wynikało, że nie tylko mogę poprawić swój czas sprzed dwóch lat. Doświadczeni koledzy podpowiadali, że udałoby mi się nawet »złamać czterdziestkę«. Wyszłaby z ciągłej jazdy średnia prędkość około 26 km/h, a licząc konieczne przerwy, około 30. Przy takiej jeździe, co ogromnie ważne, byłaby również szansa niezarywania drugiej nocy”.

Pierwsze 200 km, wspierany przez korzystny wiatr, przejechał ze średnią 35 km/h. „Kręcił” na trochę wyższym pulsie niż planował, a pilnowanie tętna przy wielogodzinnym wysiłku jest ważniejsze niż sprawdzanie szybkościomierza. Wszystko szło dobrze gdzieś do Sochaczewa, ale później zaczęło padać i lało już niemal do końca. Cały czas jechał mokry, a jedyny dłuższy postój zrobił dopiero przed pierwszą nocą, żeby się cieplej ubrać. Prawdziwy kryzys dopadł go dopiero w Bieszczadach, między Ustrzykami Dolnymi a Górnymi. Temperatura spadła do 6oC. Okropnie marzł na zjazdach, najgorzej cierpiały nogi i kolana. Był jednak już tak zmęczony, że nie miał siły się zatrzymać i włożyć coś jeszcze na siebie. A jakby tego było mało, na koniec zaczęły mu gasnąć lampki w rowerze.

Metę osiągnął po 39 godzinach i 40 minutach jazdy, łamiąc magiczną granicę 40 godzin! Wielkiej radości towarzyszył ból i nieludzkie zmęczenie. Powtarzał sobie wówczas: „Nigdy więcej! Przejechałem, coś sobie udowodniłem i wystarczy”. Dziś dodaje: „A po tygodniu zaczyna się rozmyślać, że przecież można jeszcze lepiej pojechać”.

Służba i rodzina

Płk Szymon Koziatek nie ukrywa, że uprawianie kolarstwa szosowego na amatorskim, ale wysokim poziomie wymaga samozaparcia, konsekwencji i dobrego gospodarowania czasem. Podkreśla, że wyżej od swej pasji stawia obowiązki służbowe, a pogodzenie jednego z drugim wcale nie jest łatwe. Czy pozostaje jeszcze w tym wszystkim czas na życie rodzinne? „Rodzina, co nie jest proste, jakoś moją pasję toleruje. A nadto, wbrew pozorom, trening nie zabiera tak wiele czasu, wystarczą dwie, trzy godziny dziennie w tygodniu i cztery, pięć godzin w weekendy”.

Nie boleje nad tym, że synowie nie podzielają jego pasji: „Wyrosłem z przelewania swoich ambicji na dzieci. Na razie one mają inne fascynacje. Zresztą, może nic straconego, bo sam zacząłem na poważnie jeździć po trzydziestce. Byłem jednak wzruszony, kiedy uczestniczyłem w przysiędze Jakuba, mojego starszego syna, w Wyższej Szkole Ofierskiej Wojsk Lądowych, której poprzedniczkę, Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych, przed laty ukończyłem. Zastrzegam, że nie namawiałem go zbyt mocno na wstąpienie do wojska”.

Kategoria solo

Wracając do sukcesów… Nasz bohater mógłby powiedzieć, jak biegaczka narciarska Justyna Kowalczyk w znanej reklamie: „Nic mi się nie udało…”. W supermaratonach kolarskich można bowiem pechowo przegrać, ale nie szczęśliwie wygrać, bo sukces wykuwa się podczas żmudnej harówki. I trzeba wiedzieć, jak to robić: „W ciągu ostatnich dwóch lat zmieniłem system treningu. Wcześniej kręciłem wiele kilometrów, ale bez odpowiedniego natężenia, z tętnem 120–130 uderzeń na minutę; wtedy nie zwiększa się wydolności. Teraz jeżdżę krócej, 70–80 km, ale bardzo intensywnie”.

Szymon Koziatek na swój najdłuższy dystans wybrał kategorię solo. Uważa, że tak jest lepiej, bo można utrzymywać własne tempo, regulować postoje, działać cały czas zgodnie z własną fizjologią i psychiką. W grupie oczywiście zyskuje się na pracy zespołowej, zmianach na prowadzeniu, „trzymaniu koła”. Gdy jednak trafi się na mocniejszych, to dojedzie się solo albo wcale. Jeśli na słabszych… to może być jeszcze gorzej. Ma świadomość swoich ograniczeń. Jest wysoki, mocnej budowy, co stanowi pewien kłopot w górach: „Jeżdżę w górskim terenie w miarę dobrze, nawet coraz lepiej, ale mając wagę »startową« około 78 kg, ze znacznie lżejszymi rywalami nie daję sobie rady. Nie mogę się jednak za bardzo odchudzać, bo to oznacza spadek mocy. W kolarstwie warunki fizyczne w jakiś sposób wyznaczają zawodnikom miejsce”.

Wiek dojrzały             

Szymon Koziatek jeszcze być może nie powiedział ostatniego słowa, bo ma dopiero 44 lata, ciągły progres formy i idące za nim rezultaty. Owszem, czuje na plecach oddech zawodników z młodszego pokolenia, obserwuje ogólny wzrost poziomu, bo w tym roku 12 kolarzy na tysiąckilometrowym dystansie Bałtyk – Bieszczady zeszło poniżej 40 godzin, czyli tylu, ilu przez wszystkie dotychczasowe edycje, ale to wszystko razem nie jest powodem do obaw.

Po pierwsze, na kilkusetkilometrowych dystansach moc jest ogromnie potrzebna, ale jeździ się przede wszystkim „na charakterze”. Po drugie, dopóki dopisuje zdrowie, kalendarz nie stanowi bariery. Kategorie wiekowe zaczynają się od lat 20 i idą co dziesięć, aż do plus 70! Z podziwem i szacunkiem patrzy na starszego o 30 lat Jana Ambroziaka, kończącego etapy giga na zupełnie niewyczynowym rowerze. Senior w okularach jak spodki i spodniach w kratkę na co dzień przemierza dwustukilometrowe dystanse, handlując dewocjonaliami. Nie jest przy tym najstarszy w peletonie, superseniorem jest bowiem Mieczysław Frankowski, 84-latek, całkiem nieźle radzący sobie na dystansach 70–80 km.

A w zeszłym roku zaczął „na poważnie” startować emerytowany płk Straży Granicznej Jan Doroszkiewicz. W tym sezonie ukończył wszystkie maratony, z Bałtykiem – Bieszczadami włącznie, a nadto przejechał coroczny maraton rowerowy dookoła Polski. Jego uczestnicy pokonali w trzy tygodnie ponad 4 tys. km, a oprócz tego, jadąc przez góry, zaliczyli wszystkie najtrudniejsze podjazdy. W sumie około 20 tys. m przewyższeń. Kolarstwo długodystansowe wyraźnie jest dyscypliną wieku dojrzałego.

Autor: Piotr Bernabiuk - Polska Zbrojna

http://webcache.googleusercontent.com/search?q=cache:YvKKaG8N1YIJ:polska-zbrojna.pl/home/articleinmagazineshow/14647%3Ft%3DNIC-MI-SIE-NIE-UDALO+&cd=1&hl=pl&ct=clnk&gl=pl

 

http://www.mon.gov.pl/aktualnosci/artykul/najnowsze/uroczyscie-wreczono-awanse-generalskie-g2018-03-01/

 

http://www.mon.gov.pl/multimedia/foto/uroczyscie-wreczono-awanse-generalskie-c2018-03-01/

Zdjęcia: por. Robert Suchy/CO MON

Zdjęcie nr2 - gen. bryg. Szymon Koziatek stoi szósty od lewej strony

 

 

 

   

Strona 1 z 2

<< pierwsza < poprzednia 1 2 następna > ostatnia >>
joomla template